Współudział

Tytuł może wydawać się co najmniej zatrważający. Można by pomyśleć, że chcą mnie wsadzić za kratki. Nic z tych rzeczy.

Sporadycznie, ale jednak, udzielam się w serwisie Launchpad. Używającym Ubuntu tłumaczyć chyba nie trzeba czym jest rzeczony serwis. Tłumaczę programy, czasem system sam w sobie. Ot, jest jakaś radość w udzielaniu się i świadomości, że ileś setek rodaków ma łatwiej dzięki Tobie. Ale do rzeczy.

Przyszedł czas, że zaktualizowałem Ubuntu z wersji 8.10  Irytujący Iperyt, do 9.04 Beta.

Pomijam fakt, że wreszcie moja Nokia 5220 działa w tandemie z systemem i nie muszę używać ObexFTP.

Pomijam też to, że system pierwszy raz od dawna wyraźnie jest szybszy!

Sedno sprawy ma się tak:

Nowy system, nowe wersje programów. Nowe wersje programów to uaktualnienia tłumaczeń i tym podobne. Takim to sposobem załapałem się do informacji o programie jako tłumacz na Launchpadzie.

MusicBrainz Picard - O Programie

MusicBrainz Picard - O Programie

https://launchpad.net/~rajcaa

Moda NIE

Moda pojawia się i kreuje w sposób trudny do opisania. Lecz tak jak łatwo się rodzi, tak też łatwo przychodzi jej umierać. Zdarzają się czasem permanentne zjawiska społeczne, których wykorzenić się nie da. Jednym z nich jest, nie oszukujmy się, fanatyzm,zastrzegam i słowo to podkreślam- pewnych, użytkowników systemów spod znaku sympatycznego pingiwnka imieniem Tux. Jednak problem ten był poruszany setki jeśli nie tysiące razy, a ja postaram się do niego nie odnosić. Fakt- fanatycy mają jedną dobrą stronę. Bardzo łatwo się nimi manipuluje. Ale jak wspomniałem to inna grupa jest nie-wdzięcznym materiałem badawczym.

Ostatnimi czasy powstają skupiska, ba! całe koła wzajemnej adoracji ludzi, którzy za cel stawiają sobie bycie na NIE. Bardzo obrazowym przykładem zdają się być fani szeroko pojętej muzyki, tu uwaga ciekawe słowo- alternatywnej. Chciałoby się powiedzieć „Muzyka alternatywna jaka jest każdy widzi.” Problem w tym, że nie każdy widzi. Kwestią fundamentalną staje się odpowiedź na pytanie, czym rzeczona alternatywa jest. I po raz kolejny wypada na to, że nie wiadomo co, kto i z kim. W takich przypadkach często pada stwierdzenie, że to pewnie pieniądze. Ale niech no skończę tę dygresję. Alternatywna młodzieżówka za punkt honoru stawia sobie zbesztanie każdego niealternatywnego zespołu, każda inna kapela zjada swój ogon niczym mityczny wąż Uroboros. A muzyka nowego pokolenia tych jakże otwartych umysłów jest jedyną „dobrą”.

Tak samo w świecie systemów operacyjnych, oprogramowania użytkowego, wszelkiej maści tapet i ikonek rodzą się podobne tendencje. Szczytem obłudnej obiektywności jest najpierw obrzucenie błotem przeciwnika, a zaraz potem kąpiel w tymże błocie.

O ileż lepszą musi się czuć osoba, która zupełnie bezpodstawnie, rzuca na lewo i prawo inwektywami dotyczącymi deweloperów oprogramowania. Jakąż niesamowitą radość musi wywoływać u takiego osobnika możliwość puszczenia kilku soczystych kurew w czeluście internetu. I tak jak w wypadku „arcydzieła” redaktorskiej pracy niejakiego Urbana w piśmidle NIE, gdzie trzon stanowią obelgi, tak w świecie, w którym się obracamy, wiele osób może liczyć na poklask tylko dlatego, że potrafi plunąć w twarz tym wyżej. Nie jest sztuką pluć do góry(często zaś plowacina wraca i trafia w oko), lecz sztuką jest ukazać jasno i logicznie błędy. Z drugiej strony nikt absolutnie nie powinien wymagać od krytyka gotowych rozwiązań. To, że ja nie jestem grafikiem nie odbiera mi prawa do oceny doboru kolorów. Lecz czyż nie ma różnicy między wypowiedziami:

„Nie, wiesz co, to ssie. Dokumentnie i na całej linii, a Tobie autorze radziłbym spłynąć w kanalizacji.” a „Faktycznie, pomarańcz w kontraście do tego odcienia zieleni jest moim zdaniem nieodpowiednim wyborem. Te krzywe belki też psują ten, zgoła dobry, efekt.”

Jak wielu użytkowników mianujących się profesjonalnymi programistami i koderami rzuca na wiatr nic nie warte uwagi. A przecież w świecie o otwartym źródle odpowiedź jest prosta- popraw skoro jesteś takim fachowcem w tej dziedzinie. Jednak nie, psy wiesza się bezwzględnie i za wszystko.

Kolejną kwestią, podpatrzoną lokalnie, jest promocja. Nie ważne czy to serek śmietankowy czy też globalny w swym zasięgu system operacyjny. Promocję wedle wielu osób należy prowadzić od dupy strony. Negatywnie! Co przez to się rozumie? Ano mniej więcej tyle, że ideowego wroga trzeba oczernić i ośmieszyć. Tak jak kiedyś komuna zwalczała kapitalizm, tak teraz „linuksiarze” walczą z „windowsiarzami” i na odwrót.

To ja się pytam, gdzie ta pokrętna logika zawarta w stwierdzeniu „Twoja dupa jest brzydka bo wydala, moja buzia jest ładna i ja dam Ci całusa” ma zastosowanie i czemu w ogóle je znajduje.

O ile łatwiej skupić się na wadach ustrojowego wroga, gdzie ma się ich równie wiele, niż wyeksponować swoje zalety. Takim sposobem serek A będzie śmierdział cebulą, a serek B mimo że śmierdzi czosnkiem jest lepszy, bo przecież wiadomo, ze „racjonalny” konsument wybierze zdrowszy czosnek. A fakt, że wytwór firmy B jest za tę samą cenę większy zostaje pominięty. Takoż ja i wielu innych nie zdając sobie sprawy z dodatkowych dziesięciu gramów sięgnę jednak po ten cebulowy.

Na koniec powinna znaleźć się jakaś błyskotliwa konkluzja, należałoby skonstatować, podsumować i wyciągnąć wnioski. Wniosek jest jeden. Każde jedno NIE napędza kolejne NIE. Jedno TAK nie zabezpieczy koryta wzburzonej rzeki tak jak nie zrobi tego worek z piaskiem. Ale kiedy piasku jest dużo, a ludzie pracujący nad wałem są ofiarni, wtedy i tylko wtedy, rzekę da się utrzymać w ryzach.

Linux i ludzie

Czy Linux jest dla ludzi? Często pada takie pytanie, równie często jest ono wstępem do wszelkiej maści artykułów, felietonów i prac. Autorzy pełnymi garściami czerpią ze swoich doświadczeń. Równie często czerpią z empirycznych przemyśleń innych użytkowników. Rzecz w tym, że szewc wkładając but na jedno i to samo kopyto czyni dobrze i z pożytkiem dla klienta. Autor pisząc to samo co rzesze innych z tym pożytkiem się rozmija, czasem zaś nawet dochodzi do kraksy na wiejskiej czteropasmówce jaką bywa jego dzieło.

W tym miejscu, idąc za przykładem innych, powinna znaleźć się zbędna historia systemu operacyjnego. Troszkę biadolenia o tym co to nie był i nie jest Unix, a jak to jądro ewoluowało, a Torvalds kupił nowy samochód, a w 2002 ktoś w komentarzu napisał, że Stallman się nie myje.

Jednak stwierdzenie, że ta sekcja jest zbędna jest błędne. Ta sekcja, w artykule, który podobno ma przekonać kogoś do alternatywnych systemów jest jak wielka blizna na tyłku supermodelki. Poddaję również wątpliwość naturalność pozostałych walorów estetycznych.

Przeciętny zjadacz chleba, bułek i innego pieczywa ma w głębokim poważaniu, żeby nie napisać gorzej, historię systemu i ideologię za nim stojącą. Raz na zawsze należałoby uświadomić sobie, że ludzie nie chcą czytać o tym jak żyć, co jest dobre a co złe. Oni od tego mają kościoły, zbory i meczety. Ten polski i zagraniczny użytkownik papieru toaletowego myśli o tym czy jego MP3 będzie działało. Czy film ściągnięty z sieci BitTorrent będzie się odtwarzał, a jego dziecko wydrukuje sobie opracowanie lektury i ściągi do szkoły. Pozostaje jeszcze kwestia zabicia czasu przez zabicie kilku postaci w grach i strzelenie kilku wirtualnych goli. Jeśli w prosty sposób jest się w stanie odpowiedzieć twierdząco na te i podobne zagadnienia. Jeśli potrafi się przekazać te informacje prosto i bez zbędnych upiększaczy. Istnieje duża szansa, że logo systemu na pasku, zmienione na stopę GNOME lub literkę K nie będzie przeszkadzać. Jeśli wreszcie umie się zapanować nad potokiem myślowym, zapanować nad rzucaniem na lewo i prawo e-bulidami, aptami i innymi repozytoriami jest się o krok. Jeśli wszelkie deby i rpmy poganiane przez konsolę i nakładki graficzne będą mówiły użytkownikowi, że klik-klik to instalacja, posuwanie się dalej nabierze sensu. Wreszcie jeśli banda napalonych super użytkowników nie widzących świata poza kompilacją programów i własnych jajek przed monitorem, co nie bez znaczenia wydaje się dwuznaczne, znajdzie w sobie pokorę, żeby nie skakać innym do gardeł o niedopatrzenia i niewiedzę i co ważne niechęć do pogłębiania pewnych jej obszarów, może uda się coś zdziałać.

Nie należy oczekiwać od ogrodnika, że zainteresuje go struktura katalogów i zasada, że wszystko jest plikiem. Ogrodnika zainteresuje możliwość wejścia na stronę zywoplot.pl i zamówienie nowego sekatora. Wtedy będzie potrzebował sprawnej przeglądarki, jeśli takowa jest, użyje jej na chwałę kolejnego cięcia.

Piekarz spłukawszy mąkę dnia codziennego nie pomyśli o tym, jak to miło być częścią społeczności wolnego oprogramowania. Nie, ten skryty meloman chce wiedzieć, że jak włączy komputer to po kilku kliknięciach z głośników wydobędą się kojące dźwięki muzyki. A czy program odtwarzający jest napisany dla KDE, czy GNOME, on o to nie dba.

Czy Marcysia wróciwszy ze szkoły, przysiadzie sobie na zydelku i trwając w zadumie będzie rozmyślać nad wieloma pozytywnymi aspektami otwartego kodu? Może pomyśli o kolejnym forku jakiegoś dużego projektu, może dla rozrywki pomoże w tłumaczeniu mimo że jest dopiero w piątej klasie. A może zamiast tego, porzuciwszy na podłodze plecak włączy Pamiętnik Księżniczki 2000?

Oni wszyscy całej zgrai pieniaczy nakazaliby najchętniej całować się w rzyć, byleby ich system działał jak ma działać. Ludzie są osłami i osłami pozostać chcą. Osioł, jak mu podać do żłobu zje, co ma i dalej prowadzi swoje jednostajne życie. Gorzej kiedy to jak w piosence „osiołkowi w żłoby dano, w jeden owies, w drugi siano…”.

I tak jak nikt, nie każe ludziom znającym świat tylko z wycieczek po Flickrze i deviantArcie wychodzić na dwór i poznawać profile geologiczne okolicy, tak wy nie uszczęśliwiajcie na siłę.

Ciekawa i dość ciężka, z początku, dyskujsa na temat artykułu wywiązała się na witrynie czytelnia.ubuntu.pl

VirtualBox 1.6 w użyciu

Ileż to człowiek się nagada i ile musi czasem napisać, żeby druga osoba wreszcie zechciała sięgnąć, chociażby “wirtualnie”, po coś czego nie zna. Jak przekonać kogoś do Linuksa nie każąc mu bootować płyty i nie narażając na przypadki, wypadki…

Pozostaje wirtualna maszyna. Tylko, że nawet to czasem przysparza kłopotów. Nie oszukujmy się, dużej części użytkowników, jeśli tylko zechciałoby się ruszyć tłuste, przyrośnięte do krzeseł,  dupska udałoby się to wszystko o czym tu piszę, a nawet więcej. Ale, lenistwo, wykręty. A ja mam przynajmniej materiał do pisania.

Czym wirtualizować? Mamy VMware, za które, o ile nie jesteśmy piratami, a nasze dyski nieskalane są softem z warezu itd. przyjdzie nam zapłacić. Nie, walić to. Jest wiele darmowych alternatyw, ale skupię się na, tu fanfary, czerwony dywan, płatki róż, ewentualnie ryż- jak na weselu- VirtualBoxie. Tak gwoli wyjaśnienia, wirtualizowane będzie Ubuntu, bo to userfriendly, bo to takie a siakie. A teraz koniec miłego pieprzenia, gładkich słówek i wazeliny. Do roboty. VirtualBox wystąp, odziej się i zapierdzielaj do kamieniołomu.

No to zaczynamy. Startujemy, odlot:

Jak widać, nic nie widać, bo co ma być widać, skoro nie ma nic do widzenia. Wprawne oko wychwyci, że dałoby się coś zobaczyć, ale tego nie ma, więc to stworzymy. A stworzymy, uwaga, wirtualną maszynę! Naszego wirtualnego PeCeta. Klikamy więc w wielki, niebieski, guziol! No i rozpoczynamy proces kreacji, przez chwilę poczujmy się jak bogowie.

Tak rozpoczyna się kreator. Pozwoli bezproblemowo stworzyć nową maszynę. Prawdę mówię, łatwo.

No to hop. Nazwijmy jakoś tę maszynę, bo przecież zakładamy, że kiedyś ta zabawa tak nas porwie, ze będziemy mieli tych kosmicznych PC więcej niż jeden. Tym sposobem, nazywając maszynę adekwatnie do systemu jaki na niej się znajdzie zachowamy porządek i czystość, a przecież o to nam chodzi, obywatele. Następnie z rozwijanej listy wybieramy system jaki będzie Gościem.

Teraz należy wybrać ilość pamięci jaka zostanie przydzielona maszynie. Oczywiście ilość zależy od naszych zasobów. Ja tam nie mam nic przeciwko wartości domyślnej.

Wybieramy dysk. Znaczy nie wybieramy bo go jeszcze nie mamy. Pytanie, jaki dysk? No pecet czy to wirtualny czy ten zwykły gdzieś dane przechowywać by chciał. W tym wypadku dysk, który stworzymy będzie tak naprawdę jednym plikiem, ale system-gość będzie używał go jak normalnego HDD.  No to skoro dysku nie ma, to go zrobimy.

I niech się stanie! Zaczynamy szopkę. Nie muszę chyba mówić, że sprawa jest prosta, a kreator poprowadzi za rączkę.

Należy wybrać typ dysku. Dwie opcje, dzięki tej pierwszej dysk będzie z początku mały, a rozszerzał się będzie tylko w razie potrzeby, oczywiście rozszerzanie nie jest nieskończone, od tego będzie ustalony odgórnie rozmiar dysku.

Druga opcja stworzy na dysku plik tegoż wirtualnego dysku, z tymże będzie on miał maksymalny rozmiar. Jeśli mamy miejsca za dużo, proszę bardzo.

O właśnie, wybieramy maksymalny rozmiar pliku-dysku. A także jego lokalizację.

No i to by było na tyle w kwestii dysków.

Powracamy do znanego nam miejsca gdzie należało było wybrać dysk. Teraz mamy już możliwość wybrania HDD. No i wybieramy. Hop!

Małe podsumowanko. jeśli ktos lubuje się w takich kwestiach, niech czyta.

Maszyna jest gotwa do działania. Ale przecież coś na niej chcemy odpalić. No to klikamy w CD/DVD.

Teraz zaznaczamy opcję, że chcemy zamontować coś w rzeczonym rodzaju napędu. Dalej wybieramy opcję, związaną z plikiem .iso . Ha, zagwozdka, trzeba ten plik mieć. Czyli musimy posiadać na dysku obraz dystrybucji. Na końcu napiszę skąd pobrać, w wypadku Ubuntu. Przy opcji montowania klikamy te małą ikonkę, otworzy się Menedżer dysków. A w nim klikamy dodaj i w okienku szukamy obrazu .iso . Potem ten znajdzie się na liście, podobnie jak tu:

Padawanie, czyń swoją powinność i uruchom maszynę. Ukaże się ekran bootowania, taki jak przy włączeniu komputera. Uruchom powiadam.

Koniec obrazków.

Co o samym VirtualBoxie. Jest po polsku, interfejsu nie przeładowali. Dla ortodoksów open source istnieje wersja z otwartym kodem, dostępnym na GPL. Brakuje tam kilku opcji. Dla użytkownika domowego wersja zamknięta jest również darmowa.

Download:

A samo użytkowanie systemu na VM w następnej nocie.

Tango

Matko przenajświętsza, wiem! Jestem człowiekiem miłującym, uwielbiającym i wychwalającym prostotę, do tego estetyka, uwaga powtórzę – estetyka! Dlatego, jeszcze za czasów radośnie śmigającego mi pingwina zaadoptowałem pewien schemat, który obdarzyłem miłością szczerą, prawdziwą i gorącą. Jak matka dziecko, jak kochanek kobietę, jak nie przymierzając – Ash swoje pokemony.

Tango

Tango

Tango, to zna chyba każdy. Bo jakżeby inaczej. Programy używają, systemy używają. Taaakie Tango grała kiedyś Trutka Suflera i się nie mylili. Wprawdzie wystarcza jedna osoba z zamiłowaniem do prostoty, nie dwie, ale można i grupowo. Styl systemu to niby coś związane Tango Classics, ale mi jak najbardziej pasuje do motywu. Do tego ikony w systemie pozyskane dzięki Super Diper Tango Paczerowi, który to znalazłem na Deviancie. Do tego styl Fajafoxa.  To wszystko wysoka ciżbo. Dziękuję.

Linki:

Deluge @ Windows

Nine Inch Nails wydali ostatnimi czasy kolejny album, wydali go w sposób niecodzienny bo własnymi siłami. Co ciekawsze sami, oficjalnie i jak to mówią- “bez ściemy” umieścili go w sieci BitTorrent. Skoro o torrentach już mowa…

Na co dzień używam uTorrenta. Ale postanowiłem przypomnieć sobie co nieco o kliencie, którego przez pewien czas używałem za czasów pingwina. Mianowicie o Deluge. Kropelka powstała na bazie nie wody, a PyGTK. Po raz kolejny może nasuwać się pytanie, czy Pythono-pochodne nie zajmują za dużo zasobów. Nic z tych rzeczy, przynajmniej u siebie nie stwierdziłem, żadnych nadużyć ze strony ugrupowania spod znaku P. Wnikliwa lustracja również nie wykazała matactwa i sprzeniewierzania się, jak również kolaborowania i działań na moją niekorzyść. Czegóż więcej chcieć? Deluge, przedstaw się:

Informacje o Deluge

Informacje o Deluge

Kropelka jak przystało na porządny program zna wiele języków i bezsprzecznie można użyć określenia: poliglota.

darmowy hosting obrazków

Deluge z konfiguracją nie pozostaje w tyle za innymi przedstawicielami swego segmentu. Tak więc podajemy podstawowe dane, a kreator zrobi po swojemu, oczywiście pozostawiając możliwość ręcznej zmiany wartości:

darmowy hosting obrazków

Później jakże łaskawie zostajemy poproszeni o pomoc, nie wymagajacą naszego udziału, a mianowicie wysłanie danych o systemie i wersji programu i właściwych mu składników:

darmowy hosting obrazków

Teraz przed rozpoczęciem użytkowania pozostaje dopasować pozostałe opcje wedle upodobania. Ważne jest, aby pozwolić programowi na pełen przydział miejsca, co zaowocuje możliwością wyboru plików przed rozpoczęciem pobierania:

darmowy hosting obrazków

Dalej możemy chcieć sprawdzić dodatkowe opcje dostępne poprzez wtyczki:

Move Torrent:

Wtyczka pozwala na przeniesienie torrenta do innego katalogu bez konieczności usuwania i ponownego dodawania go do programu. Aby przenieść torrenta gdzie indziej klikamy na żądane pobieranie, wybieramy opcję Move Torrent i wybieramy nowy folder.

Network Activity Graph:

Graficznie przedstawia ruch sieciowy dla torrenta.

Torrent Creator:

Jak sama nazwa wskazuje, pozwala na tworzenie nowych torrentów.

Torrent Files:

Dodaje kolejną opcję, pozwalającą miedzy innymi na ustalenie priorytetu pobierania plików.

Torrent Peers:

Wyświetla listę peerów.
Inne wtyczki, których nie używam:

  • Blocklist Importer- importuje listę blokowania numerów IP. Chroni przed oszustwami itd.
  • Desired Ratio- Ustawienie pożądanego ratio dla pliku.
  • Event Logging- Dodaje kartę, w której wyświetla logi wybranych wydarzeń, akcji.
  • FlexRSS- Używanie kanałów RSS dla torrentów.
  • Scheduler- Pozwala na planowanie pobrań.
  • Speed Limiter- Ustawienie pożądanych limitów prędkości dla każdego torrenta z osobna.
  • Torrent Notification- Ikonka w zasobniku będzie migać po zakończeniu pobierania. Może również wyświetlić okienko informujące o tym.
  • Torrent Search- Wyszukiwarka torrentów.
  • Web Seed- Dodawanie seedów.
  • Web User Interface- Podobnie jak w przypadku uTorrenta istnieje możliwość kontrolowania pobrań poprzez sieciowe UI.

Tak jak w przypadku każdego innego programu można edytować listę trackerów:

Bardzo podobnie do uTorrenta, z tą różnicą, że tutaj jest to osobne okienko.
Sam zaś program, jego okno główne, lista pobierania, zwał jak zwał, wygląda tak:

Deluge Okno Główne

Deluge Okno Główne

Jak widać, nieprzeładowane, proste. Chwilami może nawet puste środowisko. Ale jest ergonomiczne. Wprawdzie na screenie prędkość pobierania nie powala, ale to nie znaczy, że są problemy z prędkością.
Pobieraa tak samo jak każdy inny szanujący się program.

Najważniejsze, skąd pobrać: